Mentalność wyborcy
Kiedy Francuzi chodzili na wybory w białych rękawiczkach, pokazując tym samym, że nie chcą Chiraca, ale wolą go od nacjonalistycznego Le Pena, nikt nie spodziewał się, że i w naszym kraju dojdzie do podobnej sytuacji. Przeciętny wyborca wolał nie wybierać, pozostać neutralnym i zignorować zupełnie przywilej głosowania, który za czasów PRLu był obowiązkiem. Być może stało się to powodem niechęci do pójścia ponownego, do wyboru, który wydaje się być przymusem. Wolność, którą dostał nasz naród, przedłożył na wszystkie możliwe dziedziny życia. Nie chcę, to nie pójdę. Wyborca woli zostać w domu, by potem nie ponosić odpowiedzialności za to, że nie poszedł. Ale ponosi ją i tak - jego bierność skutkuje tym, że ktoś wygra, ktoś przegra, bo takich jak on są miliony. Wtedy też kraj doznaje szoku, wybiera się dlań ludzi często nieodpowiedzialnych, nieprzygotowanych, bo na wybory idzie tylko jedna, określona grupa o określonych preferencjach, dokonując niekiedy bardzo negatywnego wyboru. Ich celem jest osiągnąć coś, co im wpojono i narzucono, mają za zadanie oddać głos na kogoś, kto jest dla nich wzorem, nie licząc się natomiast z jego realnym przygotowaniem. Ani jedno, ani drugie nie jest dobre.